Chyba nie ma osoby, która choć raz w życiu nie słyszała o Godzilli. Nawet jeżeli nigdy nie oglądaliśmy filmu o legendarnym potworze, na dźwięk słowa „godzilla”, staje nam przed oczami płazowaty-gad z wyglądu przypominający dinozaura, z wyprostowaną postawą stojącą, łuskowatą skórą, antropomorficznym torsem z umięśnionymi ramionami, płatowatymi kostnymi płytkami wzdłuż grzbietu i ogona oraz zmarszczonym czołem[1]. Godzilla, - ikona popkultury japońskiej, która zaistniała w powszechnej świadomości za sprawą serii filmów długometrażowych. Bohater gier, komiksów i programów telewizyjnych był używany również jako symbol potwora w stosunkach japońsko-amerykańskich i sprzeciwu wobec produkcji broni jądrowej[2]. 3 listopada został ustanowiony Dniem Godzilli na pamiątkę dnia, w którym odbyła się w Japonii premiera pierwszego filmu pt. „Godzilla”.
Pierwszy filmy o Godzilli został nakręcony przez japońską wytwórnię filmową Toho Co. Ltd. w 1954 r. Do dnia dzisiejszego Godzilla doczekał się łącznie 38 filmów: 33 japońskich wyprodukowanych przez Toho Co., Ltd. oraz 5 amerykańskich – jednego autorstwa TriStar Pictures i czterech Legendary Pictures. Co ciekawe Godzilla w wersji amerykańskiej różni się od swojego japońskiego pierwowzoru. Obie wersje różnią się nie tylko tempem i siłą tytułowego potwora, lecz przede wszystkim przesłaniem. Japońskie filmy eksplorują tematy polityczne i ekologiczne, a Godzilla pełni w nich rolę metafory wojennej traumy, podczas gdy produkcje amerykańskie koncentrują się na widowiskowości i efektach specjalnych[3].
Godzilla już nie niszczy miast Zilla zieje sprzeciwami w urzędach patentowych.
Test na ojcostwo Godzili
Przez lata pomiędzy twórcami toczył się spór co do autorstwa Godzilli. Finalnie zostało ustalone, że wytwórnia Toho dysponuje prawami do oryginalnego materiału filmowego z 1954 roku oraz prawami autorskimi do użytego w nim kostiumu. Choć w procesie tworzenia postaci Godzilli brało udział wielu twórców m.in. producent Tomoyuki Tanaka, reżyser Ishirō Honda czy twórca efektów Eiji Tsuburaya Toho ostatecznie utrzymało status głównego dysponenta praw, zawierając m.in. ugody z rodzinami twórców. Co ciekawe, mimo upływu 70 lat od powstania filmu, Godzilla nadal nie znalazł się domenie publicznej. A to za sprawą zasady Kurosawy obowiązującej w japońskim prawie autorskim.
Zasada Kurosawy to precedensowe rozstrzygnięcie w japońskim prawie autorskim, które uznaje reżysera za pierwotnego uprawnionego z tytułu praw autorskich do swoich filmów. Nazwa ta pochodzi od sporu dotyczącego statusu prawnego dzieł Akiry Kurosawy, jednego z najsłynniejszych japońskich twórców. Sprawa dotyczyła tego, czy filmy Kurosawy przeszły już do domeny publicznej. Sąd Rejonowy w Tokio, a następnie Sąd ds. Własności Intelektualnej, orzekły na korzyść wytwórni Toho uznając, że prawa autorskie do filmów Kurosawy będą obowiązywać przez 38 lat po jego śmierci (czyli do 2036 roku), potwierdzając tym samym status reżysera jako twórcy posiadającego autorskie prawa majątkowe[4].
Gdy Godzilla traci boski prefix
Nie dziwi również fakt, że Toho zarejestrowało liczne znaki towarowe związane z marką, w tym samą nazwę GODZILLA.
Tymczasem na rynku zaczęło funkcjonować wiele nazw wykorzystujących sufiks -zilla. Trend ten nabrał rozpędu szczególnie za sprawą projektu Mozilla, w ramach którego funkcjonował ChatZilla. Strony, usługi i projekty z końcówką „-zilla" mnożyły się swobodnie, w poczuciu, że Toho nie rości sobie prawa do każdego słowotwórczego nawiązania do swojego potwora.
Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdyż twórcy Godzili nie poprzestali na ochronie samej nazwy GODZILLA. Na fali rosnącej popularności w 2008 r. Toho zgłosił do ochrony w USA również znak „ZILLA”. W tłumaczeniu Toho znak ZILLA został zarejestrowany po to, by odróżnić japońskiego potwora od jego amerykańskiej wersji, przedstawionej w 1998 r. przez TriStar[5].
Od tego momentu Toho postanowiło aktywnie bronić swoich praw. Skoro Toho miało już nie tylko GODZILLA, ale i samodzielny znak ZILLA, zakres potencjalnych roszczeń rozszerzał się znacząco. Z dostępnych informacji wynika, że na przestrzeni lat toczyło się wiele sporów na tym tle. Toho skutecznie udało się zwalczyć nazwy takie jak wino „Cabzilla”, zabawki „Tuffzilla” czy maszyny „Guzzilla”, uznając, że budzą one skojarzenia z niszczycielską siłą i wydajnością potwora. Nie wszystkie żądania kończyły się jednak sukcesem. O ile sprawy piwa „Mechahopzilla” czy aplikacji „Fingerzilla” sfinalizowano ugodami, o tyle w przypadku worków na śmieci „Bagzilla” sąd orzekł na niekorzyść Toho, uznając produkt za niegroźną, humorystyczną karykaturę[6].
Zarejestrowany w 2008 roku w USA znak ZILLA ostatecznie nie przetrwał próby czas. Jego ochrona nie została przedłużona.
Ogroooomny jak ... Zilla
Czy dzisiaj swobodnie możemy tworzyć słowa z wykorzystaniem elementu „zilla”?
Wygaśnięcie amerykańskiej rejestracji znaku towarowego ZILLA i aktualnie brak rejestracji analogicznego oznaczenia na terytorium Polski czy Unii Europejskiej mogłyby sugerować, że obecnie możemy wykorzystywać słowo „zilla” bez żadnych obaw. Niestety. Rzeczywistość jest jednak, jak to w prawie znaków towarowych, bardziej złożona.
Po pierwsze – Godzilla wciąż żyje.
Toho nadal pozostaje właścicielem licznych rejestracji znaku GODZILLA (w tym w Stanach Zjednoczonych, Japonii, Unii Europejskiej). Sama okoliczność, że rejestracja słowa ZILLA wygasła, nie oznacza, że Toho zrezygnowało z ochrony swojego znaku. Każde oznaczenie zawierające element „-zilla" może być nadal oceniane przez pryzmat podobieństwa do GODZILLA.
Po drugie – degeneracja znaku towarowego ZILLA
Wydaje się, że na przestrzeni lat znak towarowy ZILLA mógł ulec zjawisku degeneracji. Degeneracja inaczej rozwodnienie marki oznacza jego przejście do domeny publicznej i zdarza się najczęściej na skutek używania znaku przez innych przedsiębiorców, przy jednoczesnej biernej postawie jego właściciela, który nie podejmuje żadnych działań mających na celu zapobieżeniu takiemu używaniu jego znaku. Czym dokładnie jest to zjawisko degeneracji znaku odsyłam do naszej wcześniejszej publikacji TU.
Argument, że „-zilla" weszło do języka potocznego jako sufiks oznaczający coś ogromnego, nawiązującego do postaci potwora wydaje się być atrakcyjny, ale niestety nie daje gwarancji bezpieczeństwa. Degeneracja znaku nie niweczy bowiem praw właściciela znaku renomowanego do ochrony przed pasożytniczym korzystaniem z jego rozpoznawalności. Innymi słowy, to, że powstają słowa z sufiksem „-zilla” nie oznacza jeszcze, że każde nowe oznaczenie jest bezpieczne.
Po trzecie – renoma znaku GODZILLA
Niewątpliwie w przypadku znaku GODZILLA mamy do czynienia ze znakiem renomowanym. To znak o globalnej rozpoznawalności od ponad siedemdziesięciu lat. Co w kontekście tworzenia nowych oznaczeń z wykorzystaniem cząstki „-zilla” powinno być brane pod uwagę. I to nie tylko w sytuacji, w której planujemy zgłosić nasze oznaczenie do rejestracji w charakterze znaku towarowego. Znak cieszący się renomą korzysta bowiem z ochrony wykraczającej poza zasadę specjalizacji. Jego właściciel może sprzeciwić się rejestracji lub używaniu oznaczenia podobnego, jeśli bez uzasadnionego powodu czerpie ono nienależną korzyść z renomy jego znaku albo działa na jej szkodę.
Ryzyko roszczeń ze strony uprawnionego do znaku renomowanego nie dotyczy wyłącznie sytuacji, w której planujemy posługiwać się w obrocie gospodarczym oznaczeniem zawierającym „-zilla” bez ubiegania się o przysłowiową ®. Nawet jeśli nie składamy wniosku o rejestrację, samo używanie oznaczenia podobnego do znaku renomowanego może naruszać prawa jego właściciela. Zastosowanie znajdą w szczególności przepisy ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, która zakazuje czynów mogących wprowadzić klientów w błąd co do pochodzenia towaru lub usługi. Uprawniony dysponuje zatem wieloma środkami ochrony swoich praw niezależnie od tego, czy naruszający zarejestrował własny znak, czy nie.
Nie każda Zilla budzi grozę
Nie oznacza to jednak, że każde użycie słowa zawierającego element „-zilla" od razu naraża nas na roszczenia ze strony Toho. Ocena ryzyka wymaga każdorazowej analizy kilku kluczowych elementów.
Pierwszym z nich jest stopień podobieństwa do postaci i znaku GODZILLA. Jeżeli nasze oznaczenie nie tylko zawiera sufiks „-zilla", ale dodatkowo nawiązuje do wizerunku potwora poprzez grafikę, kolorystykę, narrację marketingową ryzyko roszczeń staje się bardziej realne.
Inaczej sytuacja wygląda w przypadku oznaczeń całkowicie fantazyjnych, w których cząstka „-zilla" pełni rolę czysto językowego wzmocnienia bez żadnego odwołania do potwora z uniwersum Toho.
Drugim czynnikiem jest zamiar czerpania korzyści z rozpoznawalności. Jeżeli sięgamy po „-zilla" właśnie dlatego, że chcemy, aby nasze oznaczenie kojarzyło się z czymś potężnym i rozpoznawalnym, a skojarzenie to zawdzięczamy wyłącznie Godzilli, musimy zachować szczególną ostrożność. W takiej sytuacji ryzyko potencjalnych roszczeń jest bowiem wysokie. Warto więc zawczasu rozważyć zmianę brandingu. Tym bardziej, że im dłużej funkcjonujemy pod daną nazwą, tym rebranding staje się kosztowniejszy. Uprawniony do znaku renomowanego może domagać się nie tylko zaprzestania naruszeń, lecz także naprawienia poniesionej szkody, co oznacza, że im dłużej trwa naruszenie, tym wyższe mogą być roszczenia finansowe. W tym kontekście bardzo istotna jest wczesna weryfikacja znaku pod kątem ewentualnych kolizji z prawami osób trzecich. Najlepiej jeszcze przed jego wprowadzeniem do obrotu. To jedno z tych działań, które wiąże się z relatywnie niewielkimi kosztami, a może uchronić przedsiębiorcę przed bardzo poważnymi konsekwencjami.
Równie istotnym czynnikiem jest rodzaj prowadzonej działalności. Historia sporów Toho pokazuje, że właściciel znaku znacznie chętniej podejmuje działania wobec podmiotów działających w branżach zbliżonych do jego własnej, tj. rozrywki, gier wideo, filmów. Im nasza działalność znajduje się dalej od tych obszarów, tym słabsza będzie argumentacja o podobieństwie towarów lub usług i ryzyku możliwej konfuzji wśród odbiorców.
W związku z tym im bardziej fantazyjna i oderwana od uniwersum Godzilli jest nasza nazwa, im mniej kojarzy się z postacią potwora, tym spokojniej możemy spać. Sufiksy językowe, w tym również „-zilla” nie są z definicji niczyją własnością, ale kontekst, w jakim ich używamy, może tę sytuację diametralnie zmienić. Szczególnie w kontekście praw do znaków towarowych.
Wolność tworzenia kończy się tam, gdzie zaczyna się prawo znaków towarowych
Swoboda tworzenia nowych oznaczeń wydaje się nie mieć granic. Język jest plastyczny, a kreatywność ludzka nieograniczona. Rzeczywistość prawna wprowadza jednak do tej dowolności istotne ograniczenia w postaci praw osób trzecich. Im bardziej nasze oznaczenie zbliża się do zarejestrowanego znaku towarowego, tym większe ryzyko potencjalnych roszczeń ze strony uprawnionych. Ryzyko to rośnie nieproporcjonalnie, gdy na naszej drodze staje znak renomowany.
Przypadek znaku ZILLA pokazuje, że nawet pozornie drobne nawiązanie językowe może uruchomić machinę prawną po stronie uprawnionego. Dlatego przed wprowadzeniem nowej nazwy do obrotu warto skonsultować się z rzecznikiem patentowym, który dokona jej oceny pod kątem ewentualnych kolizji z prawami osób trzecich po to, by nasz znak mógł spokojnie funkcjonować w obrocie i budować własną rozpoznawalność. A kto wie, czy to właśnie on nie zasłuży kiedyś na miano renomowanego.

